niedziela, 28 września 2014

Rozdział 1. Księga trzecia.

Rozdział 1.

            Święta w Norze minęły niesamowicie szybko. Tym bardziej, że prawie całe spędziłam w objęciach Freda. Chłopak przytulał mnie cały czas, jakby się bał, że ucieknę. Nim się obejrzałam, do powrotu do Hogwartu został tylko tydzień. Postanowiłam zająć się odrobinę lekcjami, dlatego chodziłam wcześniej spać.
           W poniedziałek poszłyśmy z Ginny spać znacznie wcześniej. Zasnęłam momentalnie, niestety tylko na chwilę, a przynajmniej tak mi się wydawało. Około drugiej w nocy obudził mnie brak powietrza. Jakkolwiek to zabrzmiało, tak było. Ocknęłam się zlana potem. W pokoju panowała straszna duchota. Wstałam, więc i podeszłam w stronę drzwi. Wiedziałam, że otwieranie okna w taką śnieżycę to samobójstwo. Na korytarzu nie było lepiej, więc zeszłam do kuchni. Usiadłam przy stole i nagle cała duchota uciekła. Zrobiło mi się niesamowicie zimno i porządnie zakręciło w głowie. Wstałam i chwiejnym krokiem podeszłam do szafki. Nalałam szklankę wody i modliłam się, żeby przeszło. Nie wiem jak, ale resztkami sił doczłapałam się z powrotem do stołu. Usiadłam i usiłowałam uspokoić szybko bijące serce. Coś się dzieje… Coś niedobrego. Świat przed oczami zaczął niepokojąco szybko się poruszać. Jakbym wirowała i nie potrafiła się zatrzymać. Niedobrze. I faktycznie zrobiło mi się niedobrze. Wzięłam jeszcze jeden głębszy oddech, a potem była już tylko ciemność.

(…)

            Otwarłam oczy, czując, że ktoś mnie niesie na rękach. Spojrzałam w przejęte i przerażone oczy… Freda? Chyba tak! Przecież chłopak patrzył tak, jak tylko on potrafi. Patrzył  z miłością, czułością, troską. Martwił się!
            - Zemdlałaś, mała. Położę cię na kanapie i pobiegnę po mamę. Ona na pewno pomoże.
            Jak powiedział tak zrobił. Spojrzał na mnie wielkimi oczami, a potem w charakterystyczny sposób zagryzł wargę. George?! Tylko on potrafi zagryźć wargę, gdy się denerwuje. Tylko on ze znanych mi osób tek reaguje na stres.
            Leżałam spokojnie na kanapie. Nie wiedziałam co się działo, nie kontaktowałam. Potem usłyszałam, że ktoś zbiega po schodach i cicho mówi do kogoś za nim. George podbiegł do mnie łapiąc mnie za rękę. Było mi gorąco, niesamowicie gorąco. Usiłowałam się uwolnić spod koca, ale George mi to uniemożliwiał.
            - Hermiono, słyszysz mnie? – pani Molly patrzyła na mnie z przejęciem.
            Spojrzałam na nią nieobecnym wzrokiem. Hm, ona jest całkiem ładną kobietą. Pewnie miała niesamowite powodzenie, gdy była młodsza. Na pewno. Pan Artur musiał się o nią starać. To pewne. O, George, a gdzie Fred?! Powinien tu być. Przy mnie.
            - Hermiono?!
            - Taak? – wychrypiałam.
            - Co ci jest? Powiedz co ci dolega. Nie wiem co mam ci dać. Powiedz cokolwiek. Coś cię boli?
            - Gorąco. Tak bardzo gorąco.
 Jak mogła tego nie czuć? Przecież tu nie ma czym oddychać.
            - Gorączka. Ma gorączkę. George, podaj mi…
            A ja już nie słuchałam. Czułam się okropnie. Strasznie, źle, niesamowicie tragicznie, jakbym miała umrzeć. Tak, wolałabym śmierć, niż to okropne cierpienie. Gorąco, och, tak bardzo gorąco!!
            A potem poczułam przepływający przez moje gardło napój. Ciepły, smaczny. Po nim umysł mi się rozjaśnił i już nie było tak gorąco, wręcz przeciwnie. Było zimno. Strasznie zimno. Okryłam się kocem odrobinę szczelniej i zasnęłam w objęciach George’a lub Freda. Straciłam rachubę, który aktualnie na mnie patrzy.
            Gdy się ocknęłam, wciąż leżałam w czyichś objęciach. Czułam się znacznie lepiej. Chyba cudowne lekarstwo pani Molly podziałało. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na śpiącego… Już nie miałam wątpliwości. To był na pewno George. Delikatnie przykryłam go kocem i wstałam. Głowa odrobinę mnie bolałam, ale to nie doskwierało najbardziej. Gardło bolało niemiłosiernie. Jestem chora, jak nic. I to akurat w czasie przerwy. Nalałam sobie dyniowego soku i usiadłam przy stole.
            - Hermiono? – zapytał zaspanym głosem George.
            - Przepraszam, nie chciałam cię obudzić. Wstałam się napić i chyba pójdę z powrotem do siebie. Już tu trochę czasu spędziłam.
            - Nie żartuj! Jest szósta rano, oczywiście, że pójdziesz spać!
            - George, jak mnie znalazłeś? Co robiłam? Nic nie pamiętam. Chyba te gorączka była wysoka.
            - Nic nie wiesz? Zszedłem do kuchni, bo chciałem się napić. Zobaczyłem zapalone światło, więc zszedłem szybciej. Spodziewałem się raczej pustej kuchni, o takiej porze. No, leżałaś na podłodze. Chciałem cię obudzić, ale nie spałaś. Raczej straciłaś przytomność. Resztę znasz. Ocknęłaś się, jak cię przenosiłem.
            - Ah, no cóż.
            - A gorączka była bardzo wysoka. Miałaś czterdzieści stopni i kilka kresek.
            - Dobrze, że mnie znalazłeś. – powiedziałam z uśmiechem. – Dziękuję.
            - Och, nie ma za co. Przecież każdy by tak zrobił na moim miejscu.
            Tydzień wolności od szkoły spędziłam w łóżku w domu Weasleyów. Pani Molly osobiście pilnowała, żebym nie ruszała się z łóżka częściej niż cztery razy dziennie. Dokładnie trzy razy dziennie dawała mi jakiś ciepły napój, który gwarantował dobre samopoczucie, przez kilka godzin, ale potem czar pryskał i wracał ból gardła i głowy. Oczywiście leżąc w pokoju byłam pozbawiona zabawy z przyjaciółmi, dlatego zostałam przeniesiona do salonu, gdzie wylegiwałam się na kanapie, a inni nade mną skakali. Pani Weasley podeszła do tego raczej sceptycznie, ale w końcu dała się namówić. Widziała, że długo sama w pokoju nie wytrzymam. Oczywiście, nie muszę mówić, że Fred pomagał mi najbardziej i spędzał ze mną całe dnie. Oczywiście nie muszę też mówić, że George czuł się bez brata źle, dlatego przesiadywał z nami. Za Georgem do naszej grupki dołączyła Ginny, za Ginny oczywiście Harry, który nie widział poza nią świata. Gdzie Harry, tam najczęściej pojawiał się również Ron. W tym przypadku przebywał z nami, ale nie tak często. Ignorował mnie i Freda. Rozumiałam to i nie miałam mu tego za złe. Dobrym wyjściem dla niego było po prostu zapomnieć.
            Minął kolejny mroźny, śnieżny dzień. Wszyscy poza Ronem siedzieliśmy w salonie. W kominku wesoło trzaskał ogień, a ja siedziałam na kanapie, szczelnie owinięta kocem.
            - Gramy w coś? – zapytała sennym głosem Ginny.
            - Tak. – wymruczał sennie Fred.
            - W co? – dopytał George ziewając przeciągle.
            - W prawdę. – powiedziałam jako jedyna przytomnym głosem, wynikało to zapewne z tego, że spałam zdecydowanie za dużo i nie chciałam tracić czasu, jaki spędzałam z przyjaciółmi, gdy pani Molly nie wyganiała ich, abym ja mogła iść spać.
            - W co? – zapytała Ginny.
            - Dla przykładu… Ja podaje jedno słowo, a potem ty układasz z nim zdanie, które jest w całości prawdziwe. Słowa mogą być różne. Zabawne, albo też nie. Jak kto chce. Pasuje wam?
            - Tak. – opowiedzieli chórem.
            - Ok., to ja mówię słowo, a potem każde z was układa z nim zdanie. Potem typuje osobę, która ma wymyśleć następne. Powiedzmy… Dom.
            - To mój dom. – zaczęła Ginny.
            - Najwspanialszy dom na świecie. – powiedział George.
            - Wymarzony dom. – zamyślił się Harry.
            - Hm.. Dom, który każdy kocha. – dodał Fred.
            - Dom pełen cudownych wspomnień. – powiedziałam. – OK.! Ginny, teraz ty!
            - Hm, może… romans.
            - Nigdy nie miałem romansu. – zaczął Harry.
            - Romans, to świetna sprawa. – dodał George.
            - Od romansu do miłości daleka droga, ale można się zabawić. – zaśmiał się Fred.
            - Jeśli romans kończy się miłością, to w porządku, jeśli nie, to strata czasu. – powiedziałam patrząc z przekąsem na Freda.
            - Romans różni się od prawdziwej miłości wszystkim. – zakończyła Ginny. – Fred?
            - Quidditch!
            - Och, nie! – zaczęłam, ale Ginny wpadła mi w słowo wymyślając swoje zdanie.
            Graliśmy tak jakiś czas. Padały coraz to ciekawsze słowa. W końcu wszystkim zachciało się spać.
            - George, ostatnie słowo.
            - Kochać. – powiedział patrząc po kolei na każdego z nas.
            - Proste braciszku… Nigdy nie kochałem tak jak teraz. – powiedział Fred biorąc mnie w objęcia.
            - Nie kochałem innej. – powiedział Harry łapiąc Ginny za rękę.
            - Kocham jednego. – odpowiedziała Ginny całując Harry’ego w policzek.
            - Kochać to żyć dla drugiej osoby. – powiedziałam idąc za przykładem Ginny i  również całując mojego chłopaka.
            - Nigdy nie kochałem mojej najlepszej przyjaciółki. – zakończył cicho George.
            Spojrzałam na niego i przez chwilę widziałam, jak on patrzy na mnie. Jedno, krótkie spojrzenie. Takie nic nie znaczące przeszycie wzrokiem. Nie, musiało ci się wydawać. Jesteś zmęczona. Po prostu musisz odpocząć. Przez tą chorobę masz jakieś dziwne myśli. Nie.. głupie to, prawda? Przecież… Nie… Nie może. Nie mógłby. Nie, nie, nie! Wyrzuć z głowy te myśli. Nie, przecież George, by nie mógł. Przecież on nie potrafiłby… A jeśli? Merlinie, nie, nie! Nie to jest niemożliwe. Zdecydowanie niemożliwe! Koniec z takimi myślami! Moje myśli błądziły wokół wspólnych chwil z Georgem. W mojej głowie kotłowało się od wzajemnie sprzecznych myśli. Realnie patrząca na świat część mojego mózgu mówiła, że to przecież niemożliwe. Natomiast ta druga, potrafiąca czytać między wierszami, wciąż upierała się, że coś takiego mogło się w końcu wydarzyć. Nie wiedziałam co myśleć i czuć. Stałam gdzieś pomiędzy targana okropnymi myślami. Nie, nie mógł! Przy tym muszę trwać i będę go unikać. Przecież nawet jeśli…, w co naprawdę szczerze wątpię, byłby w stanie to zrobić, to mu przejdzie. Za jakiś tydzień, może dwa, miesiąc, w ostateczności dwa – on zapomni. A ja mu w tym pomogę. Będę go unikać. Przecież to musi pomóc. Nie, zapomnę. Przecież on by nie mógł!!! Jestem z Fredem i on wie…
            - Zbierajmy się do łóżek. – powiedziałam wstając z kanapy.

            Przyjaciele ociągali się, ale w końcu wszyscy pobiegliśmy do naszych pokoi i zasnęliśmy, zmęczeni całym dniem.


~~~~~

Ok, to ja. Wiem, strasznie długo mnie nie było, ale nie znam słów które mogłyby opisać co działo się u mnie przez ostatnie kilka miesięcy...
Przepraszam i myślę, że wracam na dobre :D

Czytasz? Skomentuj!